Wybory rozstrzygnięte. Zwycięzcy triumfują, przegrani czekają na rewanż. Na szczęście kolejna szansa pojawi się najwcześniej za kilka lat. I dobrze, bo Polacy zasługują na więcej. Spokoju. Od politycznych sporów i kłótni, od wyborczych programów i haseł, spotów, plakatów, ulotek. Wciskania nam na siłę jedynie słusznych ideologii i robienia wody z mózgu.
Frekwencja w tych wyborach była jak zwykle żenująco niska. Średnio w skali kraju wyniosła 48,87%. Absencja wyborcza staje się powoli naszą narodową świecką tradycją, a wynik plasuje nas na końcu krajów Europy. Dla porównania, u naszych sąsiadów Niemców bije się na alarm gdy frekwencja spada poniżej 70 proc. U nas ponad połowa uprawnionych do głosowania obywateli w ogóle nie wzięła w nich udziału.
Są w naszym kraju gminy,w których od lat notuje się frekwencję grubo poniżej 30 proc. Znaczy to tyle, że o wyniku wyborów decyduje garstka najaktywniejszych, często związanych z jakąś konkretną polityczną opcją. Na nic zdają się akcje i apele zachęcające do aktywnego udziału w wyborach. Dlaczego nie głosujemy? Niegłosujący twierdzą, że nie mają na kogo zagłosować, czują się zmęczeni ciągłymi konfliktami partyjnymi, nie wierzą, że ich pojedynczy głos jest w stanie coś zmienić, a do parlamentu i tak zostaną wybrani ci, którzy mają być wybrani. Dokładnie jak za komuny.
Do rywalizacji o mandaty w parlamencie zgłosiło się tylu chętnych, że o jedno miejsce w ławach poselskich starało się 15 kandydatów, a senatorskich – pięciu. Konkurencja silna, więc i sposoby na wyróżnienie się w tłumie chętnych bywały różne, oryginalne, a często niezwykłe. Dotyczy to i komitetów wyborczych, i poszczególnych kandydatów, zwłaszcza debiutantów i osób mniej znanych. Ale nie tylko, bo także rozpoznawalni parlamentarzyści podejmowali próby stosowania niekonwencjonalnych środków marketingowych. Cel był prosty: wyróżnić się na tle rywali i dać się zapamiętać. Efekty działań były bardzo różne. Jednym przyniosły sukces, innym zaszkodziły.
Elementem kampanii wyborczych są środki przekazu. Kandydatom nieustannie towarzyszą kamery telewizyjne, dziennikarze, fotoreporterzy, mikrofony. Zawsze i wszędzie. Politycy przyjmują tę niedogodność ze zrozumieniem, bo media kreują ich polityczny wizerunek. Na jego użytek organizuje się konwencje, spotkania, konferencje prasowe, wywiady. Bez mediów nie byłoby kampanii. W tej ostatniej, pojawiły się nowe sposoby i środki komunikacji medialnej. Młodsi preferowali internet: blogi, Facebook, filmiki na YouTube, starsi – środki bardziej tradycyjne: kluby sympatyków gazet, rozgłośni radiowych i uczestnictwo w nabożeństwach.
Nowością tej kampanii były podróże wyborcze. Drogi w budowie pokonywał dzielnie Tuskobus z premierem, jego śladem podążał Tóskobus z kibolami. Pociągiem do zwycięstwa podróżował prezes PiS, po Bałtyku pływał rybacki kuter z przewodniczącym lewicy na pokładzie. Mniej znani przemieszczali się własnymi autami, rowerami, jeszcze inni z buta. Jedni liderzy brnęli w piachach plaży, inni wspinali się na najwyższe szczyty gór. Wszystko to dla przyszłego rozwoju, szczęścia i pomyślności naszej ojczyzny.
W tym samym celu pewna kandydatka, walcząc ze światowym kryzysem, usiłowała sprzedać na Allegro własnego psa, a inna, nie mając nic do ukrycia, prezentowała wyborcom swój striptiz. Kandydat lewicy rzucał śledziem dla dobra kraju, młodzi entuzjaści tenisa namawiali do gry za stodołą, a paprotki prezesa apelowały, by pójść z nimi.
Jedni posłuchali, inni nie. I dlatego wyniki są takie, jakie są. Gdyby miały być inne, to by były. A jak się komuś nie podobają, będzie miał szansę w kolejnych wyborach. Mam nadzieję, że najwcześniej za kilka lat. Bo wszyscy zasługujemy na więcej. Spokoju.




Komentarze 0