Zaproszenie na winobranie do Winnicy Malichy wydało nam się z początku żartem. Tym bardziej, gdy upewniliśmy się, że nie chodzi o miasteczko Malichy w słynnej z win francuskiej Burgundii, a o osiedle pod Pruszkowem. Winnica w Malichach? A jednak to prawda…
Istnienie winnej plantacji w podpruszkowskim osiedlu domków jednorodzinnych wydawało się na tyle nieprawdopodobne, że daliśmy się zaprosić na winobranie. I było warto.
Winnica
Pan Krzysztof Olczyk mieszka w Malichach od ponad 20 lat, a winorośl w przydomowym ogrodzie uprawia od 2000 roku.
- Z pozoru wydaje się, że cóż to za winogrona mogą urosnąć w naszym klimacie? Ale efekt cieplarniany na Ziemi jest już faktem, więc i u nas rosną one większe i słodsze, niż dawniej – mówi gospodarz – U mnie zaczęło się to w zasadzie jeszcze w latach 80-tych, kiedy jak wielu Polaków postanowiłem pojechać na „saksy”. Ttrafiłem do pracy w winnicach w nadreńskim Palatynacie i zaczęła się moja fascynacja procesem produkcji wina. Marzyłem, aby założyć kiedyś własną winnicę i teraz spełniam to marzenie, oczywiście na miarę posiadanych możliwości.
Cała domowa winnica pana Krzysztofa to pięć rzędów z winnymi krzewami, rozpiętymi na drutach pomiędzy drewnianymi słupkami. Każdy rząd, to inna odmiana winogron, a w konsekwencji i inny smak wina w domowej piwniczce. Wszystko jak w prawdziwej śródziemnomorskiej winnicy, tylko na znacznie mniejszą, kameralną skalę. Co roku, w zależności od urodzaju, daje to efekt w postaci około 100 butelek własnego wina.
Wierzyć się nie chce, że cała ta uprawa mieści się w niewielkim, przydomowym ogrodzie.
- Moja winnica zajmuje zaledwie dwa ary, ale daje mi niesamowitą radość i satysfakcję – chwali się pan Krzysztof. Pracy jest sporo, ale satysfakcja z wyprodukowania własnego wina, wynagradza mi poniesiony trud. Z czasem stało się to moją pasją i zajęciem na wolne chwile. A uznanie znajomych, delektujących się winem z mojej winnicy jest dla mnie największą nagrodą.
Polska jest jedynym krajem w Unii Europejskiej (kto wie, czy nie w całym cywilizowanym świecie), który domową produkcję wina prawnie ogranicza jedynie „do własnego użytku”. Nie stanowi to większego problemu dla posiadaczy niewielkich winnic przydomowych traktujących je, podobnie jak plantator z Malich, jako hobby i towarzyską atrakcję dla znajomych.
Winobranie to rytuał
Winobranie to dla winiarzy nie tylko żniwa, ale i rytuał. Niemalże święto. Do pana Krzysztofa schodzi się na nie cała rodzina i znajomi, a każdy za punkt honoru uważa zebranie z krzewów przynajmniej kilku winnych gron. Wędrują one potem do skonstruowanej przez gospodarza specjalnej wyciskarki, zgniatającej owoce. Przez kilka następnych dni dojrzewają z dodanymi drożdżami winnymi, zanim odciśnięty z nich fermentujący sok, trafia do dużych galonów na właściwy proces fermentacji.
- To trochę inna procedura niż robienie wina z naszych tradycyjnych, krajowych owoców, głównie porzeczek czy wiśni – opowiada gospodarz - Tu nie dodajemy wody, bo winogrona mają wystarczająco dużo własnego, słodkiego soku. Ale też jest to zupełnie inne wino! – dodaje z dumą.
Domowe - z sercem i duszą
Rzeczywiście, wino pana Krzysztofa niczym nie ustępuje markowym winom zagranicznym. Przewyższa je zaś czystością składu i brakiem jakichkolwiek środków chemicznych. Czuć też w nim serce i pasję gospodarza.
Pan Krzysztof nie chroni zazdrośnie swoich piwnicznych receptur, jak czynią to markowi producenci. Wręcz odwrotnie – swoją pasją próbuje zarazić grono bliższych i dalszych sąsiadów oraz znajomych. Chętnie służy radą i pomocą w zakładaniu małych, przydomowych winnic.
- Już trzy czy cztery winne krzewy zasadzone przy południowej ścianie domu mogą dać satysfakcję w postaci kilkunastu butelek własnego wina – przekonuje.
Na swojej stronie internetowej (www.winnicaidom.pl) dowodzi, że to nic trudnego. I że nie tylko Malichy, ale i cały region już wkrótce może się stać domowym, winnym zagłębiem.


Komentarze 0